Ślub polsko-hinduski Eweliny i Amrika. Deszcz, słońce i obecność mimo granic

Ślub polsko-hinduski Eweliny i Amrika

Ślub polsko-hinduski Eweliny i Amrika

Ślub Eweliny i Amrika od początku miał w sobie coś bardzo spokojnego. Nie był ceremonią budowaną na efekcie, ale na obecności. Na ich cichej, uważnej relacji, która przez lata musiała przechodzić przez odległość, języki, formalności, podróże i całą logistykę, która rzadko brzmi romantycznie, ale bardzo dobrze sprawdza, czy ludziom naprawdę na sobie zależy. W ich przypadku zależało. I to od czternastu lat.

Był to ślub polsko-hinduski, ale też bardzo ich własny. Ewelina i Amrik poznali się dawno temu w miejscu, które z pozoru nie ma nic wspólnego z miłością — w FarmVille na Facebooku. Zaczęło się od internetowego sąsiedztwa, potem były rozmowy, wiadomości, poznawanie swoich światów, rodzin, języków i codzienności. Dzisiaj coraz częściej marzą już nie o wirtualnej farmie, ale o prawdziwej: z ogrodem, zwierzętami i małym azylem dla tych, którzy potrzebują pomocy. Ten motyw pięknie wrócił w ceremonii.

Rodzice obecni z daleka

Rodzice Amrika bardzo chcieli być tego dnia z nami. Niestety, z powodów formalnych, niezależnych od nich, nie otrzymali wiz i nie mogli przylecieć do Polski. Nie znaczy to jednak, że byli nieobecni. Połączyliśmy się online i przez cały czas uczestniczyli w ceremonii przez laptopa ustawiony blisko Pary. To był jeden z tych momentów, które pokazują, że obecność nie zawsze oznacza fizyczne bycie w tym samym miejscu. Czasem obecność trzeba po prostu mądrze zorganizować.

technologia w służbie miłości
technologia w służbie miłości

Pogoda też postanowiła dopisać do tej historii własny akapit. Cały dzień padało. Ceremonia miała odbyć się pod drzewami i do ostatniej chwili trudno było przewidzieć, co z tego wyniknie. A potem, dosłownie kilkanaście minut przed rozpoczęciem, wyszło słońce. Wiatr osuszył mokre liście, światło weszło między gałęzie i nagle wszystko zrobiło się takie, jakby natura sama zrobiła dla nich miejsce.

Przysięgi, Ray-Ban Meta i rytuał dębu

Podczas ceremonii po raz pierwszy użyłam okularów Ray-Ban Meta do nagrania najważniejszych emocji związanych z przysięgą. I przyznam szczerze: to był moment, po którym pomyślałam, że to zostanie ze mną na dłużej. Taka perspektywa pozwala uchwycić coś bardzo osobistego. Nie z dystansu kamery ustawionej z boku, ale z miejsca osoby, która prowadzi ceremonię i widzi te najcichsze reakcje: spojrzenie, oddech, wzruszenie, krótką pauzę przed wypowiedzeniem najważniejszych słów.

Jednym z gestów tej ceremonii było wspólne posadzenie sadzonki dębu. Nie robię z tego głównej opowieści o całym ślubie, bo ten dzień miał wiele warstw. Ale ten rytuał bardzo pasował do Eweliny i Amrika. Do ich miłości do natury, do marzenia o własnej farmie, do ich cierpliwości i do tego wszystkiego, co przez lata musieli pokonywać. Dąb stał się znakiem trwania, wzrostu ku słońcu i niebu, ale też zwykłej codziennej troski. Roślina nie rośnie dlatego, że raz wypowie się przy niej piękne słowa. Trzeba ją podlewać, dawać jej światło, czas i opiekę. Z relacją jest bardzo podobnie.

rytuał posadzenia dębu
rytuał posadzenia dębu

Po tej ceremonii zostało we mnie przede wszystkim poczucie łagodnej siły. Bez wielkiego hałasu, bez pośpiechu, bez udawania czegokolwiek. Był deszcz, który odpuścił w ostatniej chwili. Byli rodzice obecni z daleka. Był laptop na stole, sadzonka dębu, osobiste przysięgi i dwoje ludzi, którzy od dawna wiedzą, że ich wspólne życie nie zaczęło się w dniu ślubu. Tego dnia po prostu dostało swoje święto.